Internet powie ci, na kogo powinieneś głosować

Wybory zbliżają się wielkimi krokami, a media serwują demagogiczną papkę, mającą ułatwić nam, owcom, wybór najodpowiedniejszego wilka do pilnowania naszego stada. Choć ucieczka od wszędobylskiej polityki to niegłupi pomysł, tak z drugiej flanki warto przyjrzeć się pewnym kampaniom, które od stricte technicznej strony mogą zaskoczyć.

Zdjęcie urny pochodzi z serwisu Shutterstock.

Zdjęcie urny pochodzi z serwisu Shutterstock.

Internet i polityka – dwa bratanki

Pewne związki między siecią a grą polityczną są zauważalne gołym okiem. Ktoś mógłby nazwać to wtykaniem polityki dosłownie wszędzie, jednak niektórych powiązań nie trzeba nawet nikomu przedstawiać. Zapewne każdy orientuje się, że partyjni działacze i ich sztaby stale dbają o wizerunek swych przedstawicieli, włączając w to również ich poparcie wśród internautów.

Zgodnie z regułą przyczyny i skutku, poza przemyślanymi kampaniami, powstaje wiele spontanicznych akcji. Mamy tutaj do czynienia zarówno z ruchami o dużym znaczeniu takimi jak anty-ACTA oraz Wikileaks, które zawsze odbijają się szerokim echem, a także z obywatelskimi antykampaniami pod postacią fali demotów czy memów politycznych, które stały się codziennością.

Internauci są bezlitośni, a w świetle „pamięci Internetu” ciężko zmazać swoje przewinienia. Wystarczy popatrzeć na wciąż nieśmiertelne karykatury choroby filipińskiej Aleksandra Kwaśniewskiego, przesadnej oszczędności Jarosława Kuźniara czy lapsusów językowych Bronisława Komorowskiego.

Prezydent prosto od Google

Choć zorganizowane działania propagandowe mogą nadal w oczach wielu pozostawać w strefie spiskowych teorii, tak niezamierzony, acz niepodważalny wpływ pozycjonowania i innej magii Internetu na ludzką podświadomość jest już faktem, z którym nie można dyskutować.

Psycholog z American Institute for Behavioral Research and Technology, absolwent Harvardu oraz redaktor "Psychology Today" - Robert Epstein - przeprowadził badania, które wykazały, iż niewielka manipulacja wynikami wyszukiwania może przekonać niezdecydowanych wyborców do oddania swojego głosu na konkretnego kandydata.

W celu przeprowadzenia tego testu stworzono wyszukiwarkę Kanoodle opartą na algorytmach Google, a wyniki eksperymentu zostały opublikowane w pracy dla Proceedings of National Academy of Sciences przy współpracy z Ronaldem Robertsonem.

Zobacz również: Wideorecenzja: Manta 3D Cyber Eye

Uczestnikom eksperymentu podsuwano spreparowane wyniki wyszukiwania, co polegało na wyświetlaniu badanym takich treści i w takiej kolejności, by dany kandydat wypadał lepiej na tle swojego konkurenta.

Jak się okazuje, taki zabieg może drastycznie wpłynąć na zmianę decyzji danego człowieka odnośnie oddania głosu i spowodować, że w wyborach zagłosuje na osobę, która została wypozycjonowana korzystniej.

Badani zostali podzieleni na trzy grupy. Jednej podawano wyniki faworyzujące kandydata A, drugiej kandydata B, a trzecia otrzymywała obiektywne wyniki wyszukiwań. Później uczestnicy badań otrzymywali krótkie opisy każdego z kandydatów, a następnie były pytane o to, w jakim stopniu lubią i ufają każdemu z nich oraz na którego oddaliby swój głos.

Jak dowiodły badania, wystarcza jedna 15-minutowa sesja z wyszukiwarką, by zacząć lepiej postrzegać jednego kandydata od drugiego, a prawdopodobieństwo oddania na niego głosu wzrasta od 37 do aż 63 procent!

Wyniki takie uzyskano po pięciu próbach przeprowadzonych na grupie 4500 niezdecydowanych wyborców z USA i Indii. Epstein i Robertson nazywają to Efektem Manipulacji Wyszukiwarki (Search Engine Manipulation Effect – SEME).

Uczony przypomina, że już w 1876 roku Rutheford B. Hayes wygrał wybory prezydenckie za sprawą popierającej go firmy Western Union. Przedsiębiorstwa to zmonopolizowało rynek telegraficzny i pilnowało, by w Associated Press ukazywały się wyłącznie pozytywne wiadomości na temat Hayesa.

Firma Google nie pozostawiła przeprowadzonych badań bez komentarza, kontrując wyniki Epsteina słowami, iż algorytmy ich wyszukiwarki zostały przemyślane tak, by udzielać „trafnych odpowiedzi”.

Mimo zapewnień i uspokojeń ze strony giganta z Mountain View, Epstein nadal czuje się nieprzekonany. Według niego to wszystko wciąż nie wyklucza faworyzowania konkretnych kandydatów przez wyniki wyszukiwarek.

Jego zdaniem, pokusa wpływania na wynik wyborów jest bardzo duża, a wystarczy by jeden pracownik dokonał w algorytmach drobnych zmian, by skutki „ustawiania wyborów” były odczuwalne na całym świecie. Google nie zgadza się z tym stwierdzeniem, argumentując swoje stanowisko tym, że algorytmy Google są dostosowywane średnio raz dziennie.

Badanie te zostały opublikowane w kontekście wyborów prezydenckich w USA, tak jednak na pewno z powodzeniem można odnieść je do polskiej sceny politycznej.

Mimo tego, że mam świadomość, iż polityka to często brudna dyscyplina pełna nieczystych zagrań, tak jednak nie mieszałbym w to tak grubych ryb z kręgu przedsiębiorstw branży internetowej jak Google. Należy jednak pamiętać, że taka metoda wpływania na naszą podświadomość byłaby bezszelestna.

Na wszelki wypadek zaleciłbym więc budowanie swojej wiedzy oraz zainteresowań względem tego co dzieje się ze światem i komu zezwalamy na władanie naszym państwem na podstawie regularnego przeglądania niezależnych od siebie źródeł informacji, aniżeli piętnastominutowej, pobieżnej lektury nagłówków z Google na ostatnią chwilę przed samymi wyborami.

Poseł prosto z Youtube

Do siły Internetu coraz bardziej ochoczo zaczynają przekonywać się również youtuberzy. Przykładem jest Krzysztof „Ator” Woźniak – właściciel kanału Wideoprezentacje — który może poszczycić się tytułem pierwszej gwiazdy youtuba, która postanowiła spróbować swoich sił w polityce, wykorzystując swoją popularność zdobytą wśród internautów.

Jego kanał prowadzony jest od 2008 roku, a do tej chwili zgromadził ponad 183 tysiące subskrybentów oraz ponad 50 milionów wyświetleń filmów. W wyborach parlamentarnych wystartuje z piątego miejsca warszawskiej listy partii KORWiN.

Co ciekawe, to nie Ator wyszedł z tą propozycją, lecz zostało mu to zaproponowane przez działacza KORWiNa, Przemysława Wiplera, który zdążył już zaskoczyć społeczeństwo m.in. udziałem w wydarzeniu Intel Extreme Masters, czyli evencie nerdowsko-geekowski o prawdopodobnie dosyć niskim odsetku zaangażowanych politycznie uczestników w porównaniu do takich inicjatyw jak zorganizowane wiece itp.

To zresztą też nie był odosobniony przypadek wystąpienia polityka w „gamerskich” okolicznościach. Mieliśmy przecież już okazję usłyszeć o przybyciu premier Ewy Kopacz do siedziby CD Projekt Red w celu pochwalenia dorobku deweloperów Wiedźmina 3 i wyrażenia wdzięczności za pracę, którą wykonują.

Wracając jednak do tematu Atora chciałbym jeszcze nadmienić, że wzmianka ta oczywiście nie ma charakteru agitacyjnego, a jedynie stanowi pomost do rozważań odnośnie tego, czy możliwa jest przyszłość, w której to właśnie głównie odbiorcy takich mediów jak youtube, będą wybierać polityków z półświatka najnowocześniejszych mediów.

Polityka w VR

Najlepszym przykładem potwierdzającym tezę, że polityka ma obecnie bardzo wiele wspólnego z najnowszym technologiami, są wszelkie próby ulokowania tejże, do środowiska wirtualnej rzeczywistości.

Na dzień dzisiejszy pojawiły się dwa warte odnotowania projekty tego typu. Pierwszym z nich jest umieszczenie Billa Clintona w filmie VR od Matter Unlimited and Felix & Paul Studios, mającym na celu przybliżyć charytatywny wymiar organizacji non-profit, jaką jest Fundacja Billa Clintona.

Po założeniu gogli VR przenosimy się na wprost biurka siedzącego przed nami byłego prezydenta USA, a w oddali widać przez okna rozpościerające się wieże Midtown Manhattan. Gdy oswoimy się już z otaczającym nas widokiem, Bill Clinton rozpoczyna opowiadać nam swym ochrypłym głosem o pracy swojej fundacji w Afryce Wschodniej w bardzo perswazyjny sposób.

Dosłownie po jednym mrugnięciu znajdujemy się już w samym środku tętniącego życiem rynku, gdzie Cilnton oprowadza nas po lokalnych przedsiębiorcach.

Z jednej strony widzimy motocykle przejeżdżające w tę i we w tę, a z drugiej kolorowe koce pełniące funkcję tymczasowej przestrzeni handlowej. Klimat jest na tyle odczuwalny, iż niemal czujemy zapach mięsa z grilla przygotowywanego przez ulicznych sprzedawców.

Choć grające na ludzkich emocjach filmy, wołające o składki na fundacje charytatywne nie są niczym nowym, o tyle podejście bazujące na kooperacji z wirtualną rzeczywistością jest na pewno innowacyjne i na swój sposób efektywne.

Wrzucenie nas w sam środek wydarzeń, takich jak uczenie się przez dzieci na boisku w Nairobi, podczas gdy biegają wokół nas kurczaki, robi piorunujące wrażenie.

Ludzie, którzy mieli już okazję uczestniczyć w tej akcji zgodnie twierdzą, że choć bycie przetransportowanym do szkoły w Nairobi to zaiste poruszające doświadczenie, tak już sam pobyt w biurze Clintona jest niesamowitym przeżyciem.

To coś, jak osobiste zaproszenie do siedziby wpływowego człowieka, dzięki któremu możemy znaleźć się w jego prywatnej przestrzeni, obracać głowę w celu odczytania wszystkich tytułów książek znajdujących się na jego regale oraz admirowania wszelkich jego nagród ustawionych w rządku na parapecie.

Wirtualna rzeczywistość to silne, inspirujące narzędzie, które może zmotywować partnerów światowego lidera w większe zaangażowanie polityczne w pracę fundacji, pobudzić fundatora do wnoszenia większych wkładów finansowych oraz zaraportować ludziom, jaki wpływ na rozwój filantropijnej fundacji mają darczyńcy i zwolennicy takich inicjatyw.

Zgodnie z oświadczeniem Billa Clintona dla Associated Press, technologia VR to nowinka mająca szansę odegrać ważną rolę w największych globalnych problemach humanitarnych dzisiejszego świata takich jak kryzys, exodus, bieda czy bezdomność.

Wszystko to za sprawą potencjału do połączenia wszystkich ludzi bez względu na to gdzie się znajdują i zachęcenia ich do większego zaangażowania w misję ratowania świata.

Drugą nie mniej ciekawą próbą usytuowania polityki w świecie wirtualnej rzeczywistości było zorganizowanie demokratycznej debaty prezydenckiej przez CNN.

Dnia 13. Października bieżącego roku odbył się streaming na żywo w VR, politycznej dyskusji w Las Vegas. Była to pierwsza w historii inicjatywa takiego typu, a jej głównodowodzącym byli partnerstwo NextVR oraz Jason Farkas – producent wykonawczy CNN Money. Do uczestnictwa w debacie wystarczył smartfon oraz okulary Samsung Gear VR.

Dzięki takiemu wyposażeniu można było obserwować zaciętą rywalizację kandydatów na prezydenta dosłownie z pierwszego rzędu, a także rozglądać się po całym studio w Ronald Reagan Presidential Library, nie ruszając się ani o krok z kanapy. Debatę śledziło około 3,5 miliona ludzi.

Warto być prekursorem

Równie ciekawymi przedsięwzięciami może pochwalić się sam prezydent Andrzej Duda, który nie tylko prywatne konto na Twitterze do samego końca prowadził osobiście, ale również zasłynął z innych działań „Internet friendly”.

Obecny prezydent Polski bardzo sprawnie korzystał z portali społecznościowych podczas obu tur wyborów. Wraz ze swoim sztabem relacjonował na facebooku wydarzenia ze swojej kampanii, nagrał klip z najciekawszymi wpisami o nim na Twitterze, a także zorganizował tweetup, czyli spotkanie z najaktywniejszymi twitterowiczami.

O działalności Dudy w social mediach pozytywnie wypowiadają się takie osobistości jak Maria Wróblewska, social media strategist w K2 Media, Szymon Ślipko, dyrektor zarządzający agencji Shake Hands czy Robert Sosnowski, dyrektor zarządzający agencji Biuro Podróży Reklamy.

Nowy prezydent został przywitany w Warszawie przez tłum Polaków. Andrzej Duda spacerował od pomnika marszałka Józefa Piłsudskiego do pałacu prezydenckiego w asyście funkcjonariuszy BOR oraz fali dziennikarzy. Pozował do zdjęć, ściskał dłonie, przyjmował gratulacje oraz życzenia.

Choć nie ma w tym nic nadzwyczajnego, warto odnotować, że wszystko to zostało uwiecznione na filmie sferycznym.

Dalej było już tylko lepiej. Zaprzysiężenie na nowego prezydenta Polski było nie tylko kolejnym pompatycznym wydarzeniem w historii naszego kraju, ale również sensacją transmitowaną przez Internet na żywo na całym świecie.

Z pomocą przyszedł Facebook, który umożliwił naszemu prezydentowi zainicjowanie nowej funkcji zwanej Live for Facebook Mentions, służącej do streamowania na żywo materiału wideo wprost ze smartfona czy tabletu.

Miło, że Polska nie pozostaje w tyle w kategorii internetowego wyścigu zbrojeń i możemy pochwalić się ciekawymi osiągnięciami w tej dziedzinie.

Pomocna dłoń dla rządowców

Ciekawym zjawiskiem jest to, że portale takie jak Twitter czy Facebook wcale nie ukrywają swojego zaangażowania przy współpracy z politykami, a nawet przyznają się do maskowania ich wpadek.

Dobitnym dowodem na taki stan rzeczy jest zawieszenie przez Twittera dostępu do API dla takich serwisów jak powstałe na hackatonie w 2010 roku i rozwijane przez Open State Foundation Politwoops zbierające skasowane twitty polityków czy założone w 2014 roku Diplotwoops skupiające się na skasowanych wpisach dyplomatów i ambasad.

Z narzędzi tych bardzo często korzystali dziennikarze, których praca polega m.in. na tropieniu medialnej burzy.

Społeczeństwo jest rozdarte między tymi, którzy akceptują decyzję Twittera uznając, jakoby każdy miał prawo do zapomnienia wpisu oraz tymi, którzy uważają, iż dla dobra użytkowników, polityków powinny obowiązywać inne zasady, coby reprezentanci i głowy państw cechowali się większą rozwagą i odpowiedzialnością podczas, jakby nie patrzeć, publicznego zabierania głosu.

Dyrektor Open State Foundation, Arjan El Fassed, uważa wypowiedzi polityków za "część historii parlamentarnej" i obiecuje dołożyć wszelkich starań, by śledzenie ruchów polityków było jak najłatwiejsze, gdyż jego zdaniem jest to realizacja prawa do informacji przewidzianego w wielu konstytucjach.

Wszak Internet ma być nośnikiem wolności i wiarygodności, a przy takich założeniach wypieranie się dawnych stwierdzeń czy obietnic nie może wchodzić w grę.

Dodatkowym manewrem Twittera świadczącym o ich politycznym zaangażowaniu jest umożliwienie dzięki współpracy z kompanią Square dotowania polityków za pośrednictwem ich portalu.

Wystarczy, że kandydat założy i aktywuje specjalne konto biznesowe, by po chwili cieszyć się wsparciem wiernych wyborców. Z punktu widzenia darczyńcy wszystko odbywa się za sprawą jednego kliknięcia w przycisk „contribute” pojawiający się wyznaczonym miejscu na twitterowym profilu.

Nowoczesne kampanie

Powiew świeżości w promowaniu się polityków zapewnia nie tylko technologiczny rozmach, ale również efekt zaskoczenia. Choć rozgłos można zapewnić sobie na mocy zagrań o wartości kilkunastu milionów, tak czasem można tego dokonać znacznie mniejszym kosztem, wykorzystując „efekt nietypowości”.

Do takiej kategorii z całą pewnością można zaliczyć opublikowanie przez Biały Dom wakacyjnej playlisty Baracka Obamy na spotify, na której goszczą m.in. Rolling Stones, Erykah Badu czy Florence & The Machine.

Z okazji dołączenia Białego Domu do jednego z najpopularniejszych muzycznych serwisów streamingowych, pracownicy administracji poprosili swojego szefa o podzielenie się z internautami swoim gustem.

Jak donosi raport na ich stronie oraz namacalny dowód w postaci zawartości na spotify, Barack Obama bardzo poważnie potraktował prośbę i swoje ulubione utwory spisał na dwóch kartkach. Za dnia Barack Obama preferuje Boba Dylana czy Coldplay, by wieczorem zasłuchiwać się chociażby w nastrojowym Franku Sinatrze.

Innym książkowym wręczy przykładem kampanii, której celem jest głównie to, by ludzie po prostu mówili nie bacząc na to w jaki sposób, jest wystawienie przez Randa Paula na amerykańskim portalu aukcyjnym konstytucji z jego autografem za całe tysiąc dolarów!

Partia piratów

Okay, skoro Internet jest tak wielką potęgą, czemu by nie zrzeszyć jego zwolenników w jedną wielką partię? Tak właśnie zaczęli myśleć pewni ludzie już pod koniec 2006 roku, co w efekcie dało międzynarodowy ruch społeczno-polityczny zwany Partią Piratów. Dotyczy on problemów związanych z własnością intelektualną, ochroną danych osobowych i dostępem do Internetu.

Zarząd niemieckiej partii piratów

Celem tej organizacji jest propagowanie ochrony życia prywatnego, wolnego dostępu do dóbr kultury, popieranie praw cyfrowych oraz przeciwdziałanie prywatnym monopolom, które według sympatyków tego ruchu są szkodliwe dla społeczeństwa. Ugrupowania tego rodzaju w różnych formach organizacyjnych funkcjonują obecnie w kilkudziesięciu krajach całego świata.

Jedną z bardziej nagłośnionych, a zarazem całkiem świeżych spraw było wydanie przez sąd w Oslo nakazu dla norweskich operatorów do zablokowania swoim abonentom dostępu do takich usług jak The Pirate Bay, ExtraTorrent, CreamFilm i kilka innych, oskarżonych o naruszanie praw autorskich.

Ta decyzja ze strony sądu miała charakter stanięcia w opozycji z wytwórniami filmowymi z Hollywood i paroma norweskimi podmiotami. Sytuacja ta nie spodobała się jednak norweskiej partii piratów.

Przyczyniło się do udostępnienia we wrześniu darmowego DNS dla użytkowników, którzy chcą obchodzić lokalne blokady, a wszystko to w imię otwartego Internetu dla wszystkich.

Według działaczy partii — zwolenników swobodnej komunikacji i powszechnego dostępu do informacji — decyzja sądu nie ma na celu zmniejszenia poziomu piractwa w Norwegii, lecz jest "niebezpiecznym precedensem" stanowiącym furtkę do piętrzenia cenzury.

Przedstawiciele partii zapowiedzieli walkę w obronie swoich idei do samego końca, niezależnie od przeciwności losu. W podobny sposób po stronie wolności stanęła brytyjska Partia Piratów, ale ich starania zostały powstrzymane. Spodziewałbym się jednak ich „reaktywacji”. No cóż: „Jesteśmy Legionem. Nie przebaczamy. Nie zapominamy. Spodziewajcie się nas.”

Wcześniej natomiast, dokładniej w lipcu bieżącego roku, islandzka partia piratów wywalczyła zniesienie zakazu bluźnierstwa, który obowiązywał od 1940 roku, a za jego złamani groziła kara grzywny lub trzech miesięcy pozbawienia wolności. W dalszym ciągu zabroniona pozostaje mowa nienawiści.

Również i w tym przypadku można rzec "Polacy nie gęsi" albowiem Polska Partia Piratów zarejestrowana w 2007 roku i dowodzona przez Błażeja Kaczorowskiego, choć w 2009 roku została wykreślona z ewidencji partii politycznych, tak w 2013 doczekała się odrodzenia. Obecnie funkcję prezesa pełni Paulina Kolbusz.

Wybory Samorządowe 2014

Twój głos ma znaczenie!

W sposób niebezpośredni, Internet ciągle uczy nas, że nasz głos ma znaczenie, a my jako odbiorcy mamy prawo do wybierania i kształtowania pewnych rzeczy. Jako przykład wystarczy podać akcję NameExoWorlds umożliwiającą nam zdecydowanie, jak mają nazywać się poszczególne planety, czy też kampanię Microsoftu dającą nam szansę wyboru jednej spośród trzech gier, nad którą mają rozpocząć pracę.

Z drugiej strony Internet daje nam dostęp do szerokich zasobów wiedzy i pozwala trzymać rękę na pulsie, o czym na pewno warto pamiętać i wykorzystywać w sytuacjach, kiedy dane jest nam decydować o losach i przyszłości miejsca, w którym żyjemy.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Pokaż wszystkie komentarze

Także w kategorii Technologie:

Technologiczne mity. Sony timer, czyli planowe starzenie produktów Najdziwniejsze maszyny II wojny światowej [cz. 2]. USA i Wielka Brytania To lata! Najdziwniejsze samoloty pionierów lotnictwa Najlepsze śmigłowce szturmowe dla polskiej armii Oglądasz filmy w sieci? Sprawdź, co ci grozi Android czy Windows? Tablet z jakim systemem powinien wybrać student? Już dziś LG zbuduje nam Smart Home. A za 20 lat? 135 pytań, które warto sobie zadać, zanim autonomiczne auta wyjadą na ulice Sprzęt, który powinien odejść: Akcesoria dla graczy - efekciarskie, tandetne, stygmatyzujące Historia według Google. Nie lubię ich Doodle'a! TYLKO U NAS: ViReMED - słynna polska chirurg wchodzi do branży VR Pokój furii? Moje wyznanie: mam go prawie na co dzień Android 6.0 Marshmallow w pierwszej kolejności dla polskich użytkowników LG G4! Co nas obchodzi TTIP? To zamach na nasze dane i prywatność. ACTA to był początek Smartfon Pepsi? Chcę tego więcej! Jaki sprzęt zaoferują nam niebawem inne, znane marki? Smartfony wygoniły nagie modelki? Niekoniecznie! Polskie gogle Da Vinci VR: nie czekajmy na doskonałą VR. Bierzmy ją teraz LG Rolly Keyboard wkrótce w Polsce. Jesteśmy drugim krajem na świecie, w którym ten gadżet będzie dostepny Dostęp do Internetu w każdym miejscu na Ziemi? Błagam, zacznijcie od polskiej wsi! Ludzie kontra drony. Jak bronić się przed latającymi intruzami? Szympansem z patykiem! 10 gier na PlayStation VR, na które warto czekać Nie tylko Nexus, czyli Google i hardware. Dlaczego wizjonerzy nie podbili rynku? Nastolatek zawstydził wielkie koncerny. Dziś twórca Oculus Rift ma 23 lata i jest miliarderem Segway - rewolucja z opóźnionym zapłonem

Popularne w tym tygodniu:

George Hotz rzuca wyzwanie Tesli. Moduł Comma One zmieni dowolny samochód w pojazd autonomiczny Sennheiser Orpheus HE90: najdroższe słuchawki świata już wkrótce w Polsce Paranoicy mieli rację. Zakryj kamerę w laptopie - ostrzega szef FBI Test portfela Zenlet blokującego RFID. Czy zabezpieczenie naszych kart płatniczych naprawdę działa? Pilot: elektroniczny tłumacz ukryty w zestawie słuchawkowym Polski symulator okrętu wojennego. O grze stworzonej na potrzeby wojska opowiada Emil Leszczyński Asus ZenPower Max: niezwykle pojemny powerbank, który naładuje smartfona i laptopa Nixon Mission: wodoszczelny i wytrzymały smartwatch na każde warunki Google rozbudowuje swój ekosystem i zapowiada nowy sprzęt: domowy router Wi-Fi Manta SPK409 Hard Beat: tani głośnik Bluetooth z wielobarwną iluminacją LED Roccat Sova: klawiatura i podkładka pod mysz do grania przed telewizorem Xiaoyi Yi Action 4K: kamerka sportowa z baterią na 2 godziny nagrywania UHD